Aktualnie na padoku wyścigów Grand Prix toczy się zażarta dyskusja jak poprawić zainteresowanie nowych zespołów walką w królowej sportów motorowych oraz jak utrzymać aktualne zespoły poprzez lepszy podział zysków. Paradoksalnie sytuacja taka ma swoje źródło w ogromnym zainteresowaniu ze strony producentów samochodów. Aktualnie w stawce mamy Ferrari, Mercedesa, Renault, a także McLarena oraz Astona Martina jako sponsora tytularnego Red Bulla oraz Alfe Romeo jako wsparcie Saubera, co daje 6 producentów na 10 zespołów. Warto pamiętać także o Hondzie jako dostawcy silników oraz zainteresowanie Maserati jako sponsora dla Haasa czy Porsche które zabiera się za próby startów od bardzo dawna.
Ilość dużych marek w sporcie powoduje, że zaczyna brakować miejsc dla małych ekip, a stronnicze podziały finansów działają na niekorzyść zespołów z małą siłą przebicia. Ponadto skomplikowana budowa aktualnych silników, co powoduje ogromne koszty, a jednocześnie nie daje gwarancji, że taki silnik w ogóle będzie działał jak w przypadku Hondy czy ostatnich awarii Renault.
Producenci wyparli z F1 małe zespoły pompując w swoje projekty ogromne ilości pieniędzy, a władze pozwoliły im na to. W ostatnich 15 latach mieliśmy jeszcze fabryczny zespół Hondy, BMW, Toyoty, Jaguara, a nawet lokalnych producentów samochodów sportowych jak Spyker, Marussia czy Caterham.
Przed rokiem 2000 w F1 przez wiele lat ekipy fabryczne posiadali jedynie Ferrari oraz częściowo McLaren, a reszta stawki należała do prywatnych zespołów Williams, Jordana, Saubera, Benettona, Tyrrella, Ligiera, Prosta, Stewarda, Minardi czy Arrows. Aktualnie sytuacja odwróciła się na niekorzyść ekip żyjących z wyścigów, a zainteresowanie wśród producentów rośnie od lat.
Komentarze
Prześlij komentarz